Gdy trzymałem w rękach swoją pierwszą książkę dosłownie byłem w niebie… Zrealizowałem swój cel szkoleniowy, a równocześnie spełniłem marzenie. Droga do napisania publikacji była długa i kręta, pełna wielu nowych wyzwań. Po postawieniu ostatniej kropki dotarło do mnie jak szybko płynie czas, bo od rozpoczęcia pracy nad nią minęło ponad dziewięć lat. W batalii nad stworzeniem publikacji nie byłem sam. Pomocną dłoń wyciągnęli do mnie dwaj panowie: Darek Jakubowski i Sebastian Głowala – ludzie o wielkim sercu. Darek zaproponował mi, że zrobi skład książki, od tak… A Sebastian podjął się sesji zdjęciowych (wykonał ponad dziesięć tysięcy zdjęć!). Ostatecznie w 2013 roku sześćset stron gotowej publikacji trafiło do mnie niczym świąteczny prezent. Gdy skład książki był gotowy pomyślałem entuzjastycznie, że jej wydanie to już tylko formalność, a najtrudniejsze chwile mam już za sobą. Tymczasem prawa i potrzeby rynku wydawniczego okazały się nową barierą, a właściwie murem nie do przejścia. Podzielę się tym w skrócie… Po przesłaniu oferty wydawniczej rozpoczęła się analiza rynkowa potencjalnych wydawnictw. Sensowność wydania mojej książki przez “polskie” wydawnictwa i ocena jej atrakcyjności oparta była wyłącznie na dwóch wskaźnikach: ilości potencjalnych odbiorców i szacunkowych zyskach ze sprzedaży. Swoją ofertę wydawniczą wysłałem do ponad dwustu wydawnictw. W rezultacie “aż” dwa były zainteresowane opublikowaniem książki. Mimo, że w wielu przypadkach dostrzeżono ogromny wkład pracy i otrzymywałem pochlebne recenzje książki, to i tak 99% wydawnictw odrzuciło moją publikację. W argumentacji “przeciw” padały stwierdzenia: “za gruba, zły format, za mało potencjalnych odbiorców” itp… Tak więc, zacne 1% zainteresowało się tematem aikido. Otrzymałem dwie oferty zwrotne z propozycją i warunkami wydania mojej książki. W obu przypadkach zostałem pozbawiony jakichkolwiek złudzeń, co do statusu autora i sensu współpracy… Moja praca została potraktowana wyłącznie statystycznie i książka trafiła do kategorii “niszowa”, czyli nieprzynosząca potencjalnego zysku. Nie wspominając już o przeniesieniu praw autorskich na wydawnictwo oraz tzw. tantiemach, czyli zyskach dla autora – definiuje je stwierdzenie: “szkoda gadać”. Mógłbym cytować żenujące rozmowy z wydawcami i przedstawiać konkretne liczby, ale chyba nie ma to większego sensu. Najogólniej otrzymałem bezcenną lekcję, że w branży wydawniczej rządzi tylko biznesowa zasada: “Jak najwięcej sprzedać, jak najmniej zapłacić…”. Temat, czy treść merytoryczna książki odgrywa drugoplanową rolę, a nawet jeśli książka będzie się sprzedawać, to w ogóle nie ma żadnego znaczenia. Wiem co mówię, bo m.in. moją książkę o dość poważnym zagadnieniu tj. metodyce nauczania dzieci na głosowaniu kolegium wydawniczego przebiła publikacja o przygotowaniu panierek do kotleta… Puenta jest taka, że ostatecznie samodzielnie wydałem książkę, bez łaski rynku wydawniczego… Cóż, to przykre doświadczenie, które po chwili zwątpienia jeszcze bardziej zmotywowało mnie do wydania kolejnej książki. Dzisiaj, mimo różnych barier i perypetii, które napotkałem będę gorąco namawiał wszystkich autorów-marzycieli, żeby nie odkładali “pióra” na bok i nie poddawali się. Jestem przykładem, że marzenia spełniają się. Dodam, że paradoksalnie nigdy nie byłem entuzjastą czytania książek (w szkole podstawowej nie przeczytałem właściwie żadnej lektury), a literacko (w tym gramatycznie i ortograficznie) mieściłem się w kategorii “antytalent”. Do czytania literatury coś obudziło mnie dopiero w szkole średniej…
Co moje, to moje… Wracam do sedna tematu. W książce pt. “Elementarz Aikido. Metodyka Nauczania Dzieci” spisałem swoje obserwacje, doświadczenia, wskazówki i założenia szkoleniowe. Nabyłem je przede wszystkim podczas praktyki w dojo aikido oraz pracy w szkole (los sprawił, że z zawodu jestem nauczycielem od “fikołków”). Przez “parę latek” miałem okazję doskonalić swoje aikido u mistrza Jacka Wysockiego i gościć na stażach mistrza Giampietro Savegnago. Poza tym do 40 roku życia zajmowałem się również innymi sztukami walki. Nigdy nie ograniczałem się do samego aikido. Bazowałem również na wiedzy i umiejętnościach innych mistrzów sztuk walki m.in.: jujitsu, karate, iaido i judo. Jak mniemam, bagaż doświadczeń i źródła inspiracji, kierunkowe przygotowanie metodyczne – wszystko to pozwoliło mi rzetelnie podejść do tematu napisania publikacji o nauczaniu. Treść zawarta w książce oparta została na trzech przesłankach, którymi zawsze kieruję się jako nauczyciel. Po pierwsze: “nie szkodzić zdrowiu”, po drugie: “nauczyć każdego” i po trzecie: “usprawniać ciało”. W zajęciach aikido dla dzieci – bardziej niż samoobronę – widzę doskonałą formę wspierającą rozwój psychoruchowy. Trening aikido charakteryzuje duża skala obciążeń oraz różnorodność i złożoność ruchów, co jest bardzo ważne dla kształtowania podstawowych cech motorycznych. Poza tym zajęcia umiejętnie prowadzone, z tzw. wyczuciem dają możliwość dotarcia do potrzeb i wyobraźni dziecka. Dzięki temu wywołują ciekawość, kreatywność i najogólniej mówiąc są atrakcyjne. Poza ścisłymi, sprawdzonymi formami i metodami nauczania warto, co jakiś czas odpuścić i wrzucić trochę luzu na zajęciach. W rozdziale 5 pt.: “Metody i formy wspomagające nauczanie aikido” opisałem tradycyjne sposoby organizacji treningu oraz to, co może wywołać pozytywne emocje – gry i zabawy ruchowe. W praktyce szkoleniowej zabawy ruchowe dzielę na dwie grupy. Jedną stanowią te, które dają dzieciom reset dla ich koncentracji. Zazwyczaj stosuję je, gdy grupa nie jest w stanie skupić uwagi na zadaniu. O ile dla najmłodszych to kolejna dawka ruchu, o tyle dla nauczyciela to coś więcej – doskonałe narzędzie organizacyjne. Po zabawie dzieci wracają do zadania z “wyczyszczoną” głową i z większą motywacją do działania. Drugą grupę stanowią zabawy zadaniowe, w których “przemycam” monotonne ćwiczenia lub elementy techniki aikido. Takie zabawy skutecznie łączą “przyjemne z pożytecznym”. Podobnie jak wcześniej forma zabawy jest zachowana, ale fabuła zmusza do wykonywania konkretnych zadań, którymi mogą być elementy kihon lub ćwiczenia kształtujące cechę motoryczną. Przy okazji (o czym wspomnę w dalszej części artykułu), jestem przeciwnikiem przesadnego stosowania sprzętu sportowego. Istnieje bardzo dużo form, ćwiczeń i zadań, gdzie opór własnego ciała lub ciężar współćwiczącego, czy relacje wynikające z konieczności współpracy w grupie są atrakcją samą w sobie. Zupełnie wystarczają do zrealizowania zadania i co ważne mają pierwiastek prospołeczny, bo m.in. pojawiają się u dziecka emocje wynikające z kontaktu i współpracy z drugim człowiekiem. Poza tym zabawy i ćwiczenia w parach, zespołach lub w grupie dają wiele radości, pobudzają do kreatywności i motywują do pracy. A propos stosowania sprzętu w dojo. Mam wrażenie, że w ostatnich latach w ogóle umacnia się tendencja do “kolorowania” rzeczywistości. Świat idzie w kierunku: “Im więcej, tym lepiej”. W sklepach jest dużo różnych produktów, ale trudno się na coś zdecydować. Często słyszę jak maluch sam nie wie czego chce, mówiąc w sklepie do rodzica: “kup mi coś”… Podobnie jest w restauracjach. Szczyt osiągają niektóre lodziarnie, serwując lody o smaku sera, ziemniaków lub bekonu… W podręcznikach szkolnych (pomijając fakt, że zdarzają się błędy merytoryczne), jest jak w kolorowance: piękne i żywe kolory, masa ilustracji i zdjęć z rozlaną w różnych miejscach treścią – jedno na drugim, “masło-maślane”. Przykłady można mnożyć…
Sposób nauczania i relacja nauczyciel-uczeń nie powinny mieć sztywnej konwencji. Choć istnieją sprawdzone metody szkoleniowe to ostatecznie sensei powinien wykazać się inwencją i kreatywnością, bystrością w obserwacji potrzeb i braków u swoich uczniów, i co najważniejsze bieżącym doborem metody w zależności od warunków prowadzenia zajęć. Wszystko może mieć swoje znaczenie tj.: stan liczebny grupy, nastrój ćwiczących i motywacja do wysiłku, czas i miejsce zajęć (w tym nawet rodzaj tatami, natężenie i rodzaj światła czy temperatura otoczenia), wiek, uzdolnienia i poziom ćwiczących… I tu poza dużym doświadczeniem pedagogicznym i bystrością w obserwacji, trzeba być raczej cierpliwym i empatycznym “człowiekiem”, niż surowym nauczycielem i “żelaznym” ekspertem. Z drugiej strony, co człowiek to charakter. Grupa to zawsze zbiór różnych osobowości. Jedni chcą żeby ich “zajechać” w typowych, polegających na odwzorowaniu schematu ruchowego ćwiczeniach, najlepiej wykonywanych bez zbędnego myślenia. Dla nich miarą atrakcyjności zajęć jest objętość wylanego potu, maksymalna częstość skurczów serca i ilość wykonanych oddechów. Wówczas doceniają, że byli na treningu i czują się spełnieni. Inni wolą gawędzenie i sielską atmosferę w zadaniach ruchowych wymagających minimalnego wysiłku fizycznego, ale za to z dużą dawką kreatywności, analiz i poszukiwań dla rozwiązania problemu. Oczywiste jest, że ani jedna opcja “fizyczna”, ani druga “intelektualna” nie wchodzi w grę… To nauczyciel trzyma ster i decyduje o tym, co będzie działo się na zajęciach. W takim kontekście okazuje się, że szkolenie z nauczaniem nie jest takie proste jak wielu ludziom się wydaje! Przy okazji mała dygresja, łyżka dziegciu. Zwrócę uwagę na pewien proceder, który czasami ma miejsce w szkołach sztuk walki. Chodzi o postawę i rolę nauczyciela. Trening z nauczaniem jest długim i złożonym procesem, który wymaga od obu stron dużego zaangażowania i współpracy. Stąd warto jest poddać inwigilacji to, co reprezentuje sobą sensei. Wiem, że w sztukach walki utarło się feudalne, XVI wieczne podejście, które pozbawia ćwiczących własnego zdania. Zwróćmy uwagę, że nowy adept (z reguły) na pierwsze swoje zajęcia przychodzi zdezorientowany, niemal przestraszony. Zdarza się, że nieodpowiedzialny nauczyciel zamiast rozładować te emocje, to przewrotnie umiejętnie utrwala i podtrzymuje ten stan. Co więcej, niektórzy “sensei” swoją postawą wręcz ubezwłasnowolniają uczniów. Najprościej mówiąc pod hasłem “japońska tradycja” wciskają im ciemnotę z wszechobecnym poczuciem niższej wartości… Nauczyciel z objawami frustracji, który wymaga tylko od innych, a siebie stawia ponad wszystkimi, to “nadmuchany” pozer, który nie jest wart ani sekundy naszego czasu i ani grama zaufania. Przyrównywanie się do japońskiego wojownika? Litości! Narzucanie swojej woli pod pretekstem zasad budo, to bardzo wygodne podejście a właściwie manipulacja, która pompuje do działania cwaniaków z poczuciem żądzy władzy. Ostrzegam przed tym emocjonalnym wampiryzmem!
Wracając do tematu książki. W dwóch rozdziałach pt. “Zdrowe nastawienie” oraz “Aikitaiso” opisałem to, co w dojo służy zdrowiu. Według mnie w aikido warto widzieć coś więcej niż samoobronę. Bardzo ważne jest, żeby uświadomić sobie ulotność zdrowia i sprawności fizycznej, ukształtować sobie światopogląd, który pozwoli ćwiczyć z odpowiednim podejściem do ciała i optymalnym dostosowaniem intensywności do własnych możliwości. Sporo miejsca w książce poświęciłem na kompleksowe przedstawienie praktyki aikitaiso. To nic innego jak gimnastyka z kontrolowanym oddychaniem. Bez wątpienia, każda sztuka walki – jako aktywność fizyczna pozbawiona rywalizacji – daje możliwość utrzymania zdrowia na optymalnym poziomie. Chyba nie przesadzę z tezą, że aikido podobnie jak taichi czy joga, może być skuteczną metodą profilaktyki zdrowia. Co więcej, przy odrobinie zdrowego rozsądku ćwiczyć mogą właściwie wszyscy, również osoby ze schorzeniami. Znając swoje ograniczenia i przeciwwskazania związane z podejmowaniem wysiłku możemy indywidualnie dopasować i kontrolować optymalną dawkę ruchu i w efekcie pracować nad swoim ciałem z korzyścią dla zdrowia. Proszę nie odczytywać tego jako propagandy… Znam wiele przykładów redukcji różnych schorzeń organizmu. Najczęściej są przypadki ludzi, u których systematyczny wysiłek znacząco zmniejszył reakcje bólowe związane ze schorzeniami mięśniowo-stawowymi. Również dość często słyszę stwierdzenie, że ktoś “zrzucił wagę” i czuje lepszą kondycję. Oczywiste jest, że poprawa składu ciała idzie w parze pozytywnymi zmianami w układach krążenia i oddychania. A co z psychiką? Poza ćwiczeniami ruchowymi, aikido może poszczycić się metodami oddechowymi, medytacją i typowymi dla sztuk walki – ćwiczeniami hartującymi “głowę”. Redukcja stresu i ogólne odprężenie zawsze towarzyszy zakończeniu zajęć. Sam w swoim życiu miałem bardzo trudny okres, który kosztował mnie wiele zdrowia psychicznego. Miałem okazję poczuć na własnej skórze jak destrukcyjny jest mobbing w pracy oraz psychiczne nękanie przełożonej – obrzydliwej pani, która robiła wszystko żebym zwolnił etat dla jej syna. Pomijając szczegóły atmosfery w pracy, wówczas na domiar złego nie miałem grosza przy duszy, rodzinę na utrzymaniu, a życie na tzw. “swoim” wyssało pozytywne emocje do zera. Było bardzo ciężko… Poradziłem sobie z tym, bo miałem kochającą “połówkę” i codziennie byłem aktywny na macie. To nie teoria, że z potem wylewamy wszystko to, co niszczy zły nastrój. Niedowiarkom polecam spróbować… Temat korzyści zdrowotnych i drogocennej dawki ruchu jest niezwykle istotny i musiał znaleźć się w mojej publikacji. Szczególnie dziś tj. w dobie permanentnie grasującego stresu.
Ogromną rolę w procesie szkolenia przypisuję kształtowaniu ogólnej sprawności ciała. Temu zagadnieniu poświęciłem dwa rozdziały: “Metody i formy wspomagania nauczania aikido” oraz “Podstawy kształtowania i znaczenie sprawności fizycznej w aikido”. “Kondycha” to moje motto, które uporem maniaka zamieniam w praktykę towarzyszącą moim zajęciom. Nie wszystkim adeptom aikido to się podoba. Słyszałem już uszczypliwe stwierdzenia, że aikido to nie w.f… Cóż, tak, ale… Kiedyś nie było trzeba poświęcać na to specjalnej uwagi. Dzieciaki po kilka godzin dziennie aktywnie spędzały czas wolny. Wchodziły niczym małpki, wszędzie tam gdzie się dało i niczym mrówki penetrowały najbardziej niedostępne zakamarki osiedli. Sam mieszkałem w pobliżu parku, w którym do dzisiaj rosną ogromne drzewa: kasztany, buki, dęby… Tylko na dwa drzewa w parku nie udało mi się wejść. “Zaliczyłem” wszystkie korony w parku, w sumie około trzydziestu drzew. Nie były też żadną przeszkodą wysokie ogrodzenia i płoty, bez wiedzy rodziców kąpałem się w rwącej rzece, chodziłem z ekipą podwórkową na kilkugodzinne i kilkunastokilometrowe wyprawy poza miasto… Samodzielność i sprawność ogólna były kształtowane samoistnie. Dzisiaj to niestety utopia. Przeciętne miejskie dziecko nie ma gdzie i nie ma kiedy aktywnie spędzać czasu. Dzień upływa schematycznie: szkoła, maksymalnie 4-5 godzin w tygodniu pozaszkolnych zajęć ruchowych i obowiązkowo parę godzin w ciągu dnia z telefonem lub komputerem. Zauważmy pewien paradoks, istotny fakt. Wcześniej rodzice cieszyli się, że w końcu, późnym wieczorem ich pociecha wróciła do domu. Obecnie rodzice cieszą się, gdy ich dzieciak zbierze się, żeby wyjść na przysłowiowe “podwórko”. Porównanie poziomu usprawnienia mojego i moich kolegów z dziecięcych lat, do obecnie panującego wśród najmłodszych sprawia, że “nóż otwiera się sam w kieszeni”… A to raptem upłynęły tylko cztery dekady… Na szczęście w sztukach walki należy być sprawnym i gotowym do wysiłku. Trening z “motoryką” rekompensuje brak codziennej aktywności najmłodszych. Czy to się komuś podoba czy ma awersję do wysiłku tak naprawdę mam gdzieś, bo w rzeczywistości, bez optymalnej sprawności fizycznej można sobie tylko pogawędzić o sztuce walki.
Najobszerniejszą część książki stanowi sedno tytułu publikacji. W czterech rozdziałach: “Kamae. Pozycje w aikido”, “Tai sabaki. Metody przemieszczania ciała w aikido”, “Uke i ukemi waza. Sztuka asystowania i padania w aikido” oraz “Kihon waza i analiza metodyczno-teoretyczna technik aikido” przedstawiłem zagadnienia tzw. kihon, tj. podstawy techniczne sztuki aikido. Wszystko wpisane zostało w kontekst nauczania dzieci. Jak już widać po tytułach ów rozdziałów, to opis techniki i metodyki: pozycji, sposobów przemieszczania ciała, sztuki bezpiecznego padania oraz analiza metodyczna podstawowych technik aikido. Istotne jest to, że wszystko oparłem na wieloletnich obserwacjach, eksperymentach i próbach. Odrzuciłem to, co nie sprawdzało się lub było nieefektywne w praktyce. Również ćwiczenia, które np. zbytnio obciążają aparat ruchowy lub niosą ryzyko kontuzji zostały pominięte w publikacji. W wymienionych czterech rozdziałach jest ogromna dawka informacji, wskazówek, ćwiczeń i uwag… Każda forma to kihon przedstawiony w schemacie trzech bloków. Pierwszy pt.: “Technika” – zawiera opis prawidłowego wykonania podstawowych elementów aikido – od pozycji i przemieszczania ciała, przez pady i skończywszy na technikach obronnych. Drugi blok pt.: “Błędy” zawiera informacje i wskazówki w temacie tego, czego należy wystrzegać się podczas procesu nauczania i doskonalenia. W trzeciej części pt.: “Metodyka” analitycznie wypunktowałem propozycje ćwiczeń i zadań w kolejności metodycznej tj.: od najprostszych zadań do docelowej i ostatecznej złożonej formy. Wszystko starałem się również zilustrować. Książka zawiera ponad 300 ilustracji (proszę się nie martwić, są bardzo czytelne). Za dużo tego jest, żeby opisywać to na łamach tego artykułu… Przy okazji zwrócę uwagę na bardzo ważną kwestię szkoleniową. Wielu instruktorów pracujących z dziećmi stawia na “show”. Na pierwszy plan wysuwają atrakcyjność zajęć. Wymyślają fikuśne zabawy i zadania często z zastosowaniem różnego sprzętu sportowego i rehabilitacyjnego. Dojo wygląda jak plac zabaw… Mam wrażenie, że zamiast uczyć, bardziej pokazują swój “potencjał” szkoleniowy, trochę jakby chwalą się przed rodzicami ilością swojej wiedzy i różnorodnością zadań. To oczywiste, że większość rodziców widząc uśmiech swojego dziecka chętniej zaprowadzi je na następne zajęcia. Nie tędy droga! Nauka i szkolenie to proces składający się nie tylko pozytywnych emocji. To przeżywanie porażki, poczucie wykonywania błędów i radzenie sobie z negatywnymi emocjami budują silny i empatyczny charakter. Nie chodzi o żołnierski dryl, lecz o stawianie dziecka przed realnymi trudami czekającymi na nie w życiu dorosłym. Poza tym podstawowym warunkiem skutecznego nauczania jest właściwy dobór zadania oraz konsekwentne i systematyczne utrwalanie go. Owszem, należy zapewnić najmłodszym atmosferę z motywacją sprzyjającą pracy. Nie mniej jednak więcej nauczy się ten, kto systematycznie powtarza prostą czynność niż ten, który wykonuje dużo różnorodnych i złożonych ćwiczeń. Temat pozostawiam do refleksji…
Z poradnika dla instruktorów zrobiła się pokaźna, instruktażowa kniga. Roboczo książka miała być wyłącznie podręcznikiem dla osób nauczających aikido, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia, czy raczej pisania… Ostatecznie znacznie wykroczyłem poza temat metodycznych treści. “Tylko” drugą połowę książki stanowią zagadnienia bezpośrednio niezwiązane z metodyką. W pozostałej części książki między innymi nieco rozpisałem się w temacie praw i zasad m.in.: zachowania, symboliki w dojo, filozofii i tradycji sztuki aikido oraz terminologii używanej podczas zajęć (dwa pierwsze rozdziały: “Etykieta dojo” i “Terminologia aikido”). Dla bardziej dociekliwych na końcu książki umieściłem “Słownik terminów”, w którym jest ponad tysiąc japońskich słówek używanych nie tylko w dojo aikido. Bardzo szanuję i staram się przestrzegać zasad reigi. Nie dlatego, że tak nakazują sztuki walki, lecz po prostu dlatego, że są wartością samą w sobie. Poza tym, jestem tradycjonalistą przywiązanym do przekazu i dokonań wcześniejszych pokoleń. Wszelkie porywy “świeżości” i gwałtowne zmiany w sztukach walki traktuję z przymrużeniem oka. Oczywiste jest, że sztuki walki – jak wszystko – ewoluują, zmieniają się adekwatnie do potrzeb społeczeństwa. To prawo zmian, napęd dla rozwoju, który od zawsze towarzyszył Światu. Niemniej jednak jest jeszcze inne prawo, które jest równie istotne. Dobitnie definiuje je porzekadło: “Historia kołem się toczy”… Wszystko zatacza kręgi. Moda i design, sztuka i rzemiosło mają swoje “powroty”. Nie jestem podatny na “trendy” i wyjątkowo oporny na medialne sugestie. Żyję w przekonaniu, że to co jest wartościowe i co pozwala człowiekowi rozwijać się z satysfakcją powinno być stale pielęgnowane. Bez względu na “sezon”, na to czy jest modne, czy medialne itp.
Na koniec trochę optymizmu… Tę i inne swoje książki wydałem również w języku angielskim. To wielka zasługa Pani Magdaleny Mottram i jej męża. Dzięki ogromnej pracy, którą włożyli Państwo Mottram w tłumaczenie moich książek, moje wizje szkoleniowe wyszły poza granice Polski. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Z całego świata otrzymuję dużo pochlebnych wiadomości, gratulacji i ciepłych słów. Szczególnie zaskoczyła mnie korespondencja od dwóch mistrzów aikido, którzy bezpośrednio uczestniczyli w treningach z O’Sensei Morihei Ueshibą tj.: Gaku Homma (Aikido Nippon Kan) oraz Walther G. Von Krenner (Aikido Kenkyu Dantai). Podzielili się oni opiniami w temacie mojej książki pt.: „O`Sensei Morihei Ueshiba (1883-1969): Samuraj w służbie pokoju”. Obie recenzje poza dużym wyróżnieniem są dla mnie inspirujące i potwierdzają, że podążam właściwą drogą w sztuce aikido. Pozwolę sobie jedną z nich zacytować: „Dobrze opracowane… Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę książkę, moją pierwszą reakcją było: „Czy potrzebujemy kolejnej książki o O`Sensei napisanej przez kogoś, kogo tam nie było?”. Studiowałem aikido w dojo O`Sensei, kiedy jeszcze żył i widziałem wystarczająco dużo artykułów i książek, które nieustannie próbują zmienić go w kultowego idola, cytując jego wypowiedzi wyrwane z kontekstu i bez zrozumienia. Muszę jednak powiedzieć, że ta książka jest dobrze udokumentowana i zilustrowana zdjęciami, które nie są powszechnie spotykane w innych książkach o O`Sensei. Sekcja kaligrafii Ueshiby Morihei jest wyjątkowa. Poleciłabym tę książkę każdemu aikidoce zainteresowanemu życiem i historią założyciela. Powinna otrzymać pięć gwiazdek, ale jakość druku mogła być trochę lepsza. W. G. von Krenner”.

